Literatura piękna,
seria: poza seriami
premiera: styczeń 2010
wydanie: I
tytuł oryginału: Airman
gatunek: powieść
przekład: Rafał Lisowski
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 424
ISBN 978-83-7414-719-4
Piękna, wzruszająca opowieść o sile marzeń, które pomagają nie tyle przenosić góry, co wzbić się w powietrze. Miliony czytelników kochają Eoina Colfera za Artemisa Fowla. Teraz przyszła kolej na Lotnika!
Jest rok 1878. Podczas wystawy światowej w Paryżu rodzi się chłopiec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przyszedł na świat w przestrzelonym balonie, który o mały włos nie rozbił się o ziemię. Nie ma wątpliwości - takie dziecko musi być wyjątkowe. I rzeczywiście: dziewięcioletni Conor Broekhart cudem ratuje niewiele starszą księżniczkę Izabelę przed niechybną śmiercią. Jest jednak ktoś, kto najchętniej pozbyłby się go raz na zawsze. To bezwzględny marszałek Bonvilan, który morduje króla Mikołaja, władcę Wysp Saltee. Chłopiec przypadkiem staje się jedynym świadkiem zbrodni, a co gorsza - głównym podejrzanym. Zostaje oskarżony o morderstwo i wtrącony do więzienia w kopalni diamentów znajdującej się na Małej Saltee. Stamtąd nikt jeszcze nie wrócił żywy. By przetrwać, młody Broekhart będzie musiał zapomnieć o swojej tożsamości, o przeszłości, o pięknej Izabeli. Stanie się Conorem Finnem, który zyska szacunek wśród współwięźniów i przechytrzy okrutnych strażników. Zaplanuje też ucieczkę. Czy uda mu się dokonać czegoś, czego do tej pory nikt nie dokonał? Bestsellerowa, świetnie napisana książka przygodowa. Piękna, wzruszająca opowieść o sile marzeń, które pomagają nie tyle przenosić góry, co wzbić się w powietrze.
Hołd złożony zarówno powieściom science fiction Wellsa i Verne'a, jak i superbohaterom z komiksów Marvela i DC. Majstersztyk! Wielbiciele Artemisa Fowla rzucą się na tę książkę, ale Lotnik zasługuje na jeszcze szerszą publiczność niż tamten bestseller.
„Publishers Weekly"
Piękno tej powieści polega na tym, że Colfer traktuje ją całkowicie serio.
„Guardian"
W tej fantastycznej opowieści jest i powaga literatury historycznej, i ironiczny humor, i namacalna groza; są też awanturnicze sceny akcji, dzięki którym całość nie staje się zbyt mroczna.
„Booklist"
Nastolatki będą się przy tej powieści świetnie bawić, a potem chętnie sięgną po 20 000 tysięcy mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne'a.
„January Magazine"
Powieść awanturnicza w klimacie Hrabiego Monte Christo, która rozchodzi się niczym ciepłe bułeczki we wciąż wzrastających szeregach fanów Eoina Colfera.
„The Bookseller"
Fragment
ROZDZIAŁ 2
LA BROSSE
Przez jakiś czas Conor Broekhart był bohaterem. Chyba każdy mieszkaniec wyspy odwiedził go w zamkowym szpitalu, żeby wysłuchać opowieści o zaimprowizowanej lotni, a także po to, by na szczęście popukać w gips na złamanej nodze chłopca.
Izabella przychodziła codziennie i często przyprowadzała ojca, króla Mikołaja. Na jedną z tych wizyt przyniósł swój miecz.
- Ale ja nie chciałem skakać z wieży - zaprotestował Conor. - Po prostu nie miałem innego wyjścia.
- Spokojnie - odrzekł Mikołaj. - To jest ceremonialny miecz rodu Trudeau. Chcę cię pasować na rycerza.
- Pasować? Pasem? - zapytał Conor podejrzliwie. - Więc jednak nie uniknę lania?
Mikołaj się uśmiechnął.
- Nic z tych rzeczy. Wystarczy jedno dotknięcie miecza i staniesz się sir Conorem Broekhartem.. Twój ojciec zostanie wtedy Lordem Broekhartem, a twoja matka oczywiście Lady Broekhart.
Conora wciąż trochę niepokoiła obecność miecza krzyżowców tuż koło jego nosa.
- Nie muszę tego całować, prawda?
- Nie, wystarczy, że dotkniesz klingi. Choćby palcem. Porządną ceremonię urządzimy, gdy wyzdrowiejesz.
Conor przesunął palcem po lśniącej klindze. Śpiewała pod jego dotykiem.
Mikołaj odłożył miecz.
- Powstań, sir Conorze. Ale nie teraz, oczywiście. Kiedy wyzdrowiejesz, będę miał dla ciebie nowego nauczyciela. Bardzo wyjątkowego człowieka, który pracował ze mną, kiedy latałem balonami. Kto jak kto, ale ty chyba go polubisz.
Balony!
Jeśli chodziło o Conora, król mógł sobie darować to pasowanie, byleby tylko mógł latać balonem.
- Czuję się już dużo lepiej, Wasza Wysokość. Może mógłbym poznać go dziś?
- Spokojnie, sir Conorze - rzekł ze śmiechem król. - Poproszę, żeby zajrzał do ciebie jutro. Ma ze sobą kilka rysunków, na które pewnie chętnie spojrzysz. Jakieś maszyny cięższe od powietrza.
- Dziękuję, Wasza Wysokość. Już się nie mogę doczekać.
Król zaśmiał się pod nosem i zmierzwił czuprynę Conora.
- Uratowałeś moją córkę. Przed moją nieostrożnością i jej własnymi wszędobylskimi palcami. Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy. - Puścił oko do chłopca. - I ona też.
Król wyszedł, a księżniczka została. Przez całe spotkanie nie powiedziała ani słowa. W zasadzie od czasu wypadku niewiele rozmawiała z Conorem. Jednak tego dnia w jej brązowych oczach znów była odrobina dawnego blasku.
- Sirrr Conor - powiedziała, bawiąc się jego tytułem jak twardym cukierkiem. - Teraz trudniej będzie kazać cię
powiesić.
- Dziękuję, Izabello.
Księżniczka nachyliła się, żeby postukać w gips.
- Nie, sir Conorze Broekharcie. To ja ci dziękuję.
Tego dnia Conora odwiedził ktoś jeszcze, późnym wieczorem, kiedy pielęgniarka wygoniła matkę chłopca do domu. Z wyjątkiem nocnej pielęgniarki, która siedziała w swej dyżurce na końcu korytarza, szpital był pusty. Kobieta zaciągnęła kotarę wokół łóżka Conora i zostawiła włączone światło, żeby mógł czytać książkę.
Conor kartkował O nawigacji powietrznej George'a Cayleya, który snuł teorię, że stałopłat wyposażony w silnik oraz ruchomy ogon mógłby unieść człowieka w powietrze.
Silnik i ogon, pomyślał. W każdym razie lepsze to niż latająca flaga. Gdy zasnął, śnił o lśniącym mieczu owiniętym we flagę, tonącym w Kanale Świętego Jerzego.
Obudził go dźwięk obcasów szurających o kamień oraz ciężkie westchnienie rosłego mężczyzny. Westchnienie tak gardłowe, że niemal przypominało warczenie. Ten dźwięk sprawił, że chłopiec postanowił udawać, że śpi. Odrobinkę rozchylił powieki, starając się oddychać miarowo i głęboko.
Na krześle przy łóżku siedział mężczyzna. Jego potężna sylwetka kryła się w cieniu. Czerwony krzyż na piersi zdradzał, że to członek Gwardii Krzyża Świętego. Sam marszałek
Bonvilain.
Conorowi zadrżał oddech, ale zamaskował to cichym jęknięciem, jakby dręczyły go koszmary.
Czego mógł tu chcieć Bonvilain? O tej porze?
Sir Hugo był w prostej linii potomkiem Percy'ego Bonvilaina, który przed siedmiuset laty służył pod dowództwem pierwszego króla z rodu Trudeau. Bonvilainowie byli tradycyjnie naczelnymi dowódcami armii Wysp Saltee, mieli również prawo zbierać własną Gwardię Krzyża Świętego, którą wykorzystywano do najazdów na ląd, a także wynajmowano europejskim władcom jako zawodowych żołnierzy. Marszałek był ostatnim przedstawicielem rodu Bonvilain, a przy tym najpotężniejszym. Kilka lat wcześniej, po śmierci króla Hektora, sir Hugo zostałby ogłoszony premierem, gdyby pewien genealog nie odnalazł niejakiego Nicholasa Trudeau, który zarabiał na życie jako aeronauta w Stanach
Zjednoczonych.
Sir Hugo w niezwykły sposób łączył waleczność z inteligencją. Prezentował się jak żołnierz, który na służbie spędził całe życie, a jednocześnie potrafił przedstawiać druzgoczące argumenty zaskakująco łagodnym głosem.
„Ten jegomość z Saltee zawsze da ci w kość, jeśli nie tak, to inaczej" - miał rzekomo powiedzieć o marszałku premier Wielkiej Brytanii Benjamin Disraeli.
Ojciec Conora mówił kiedyś, że jedyną słabością Bonvilaina jest jego głęboka nieufność wobec innych nacji, szczególnie wobec Francuzów. Kiedyś marszałek usłyszał plotkę o istnieniu francuskiej armii szpiegów, La Légion Noire, której misja rzekomo polegała na gromadzeniu informacji na temat systemu obronnego Wysp Saltee. Bonvilain wydał tysiące gwinei, ścigając członków tej fikcyjnej grupy.
Marszałek oddychał głęboko i miarowo, jakby odpoczywał. Tylko odziany w rękawicę palec, stukający w kolano, zdradzał, że mężczyzna nie zasnął.
- Śpimy, chłopcze? - odezwał się nagle, głosem słodkim i groźnym. - A może tylko udajemy?
Conor wciąż milczał. Mocno zacisnął oczy; nagle, bez powodu, poczuł przerażenie.
Bonvilain zgarbił się na krześle.
- Do tej pory nie zwracałem na ciebie uwagi, mały Broekharcie. Za pierwszym razem byłeś niemowlęciem. Ale teraz, teraz można powiedzieć, że... uratowałeś kogoś, kto powinien zginąć. Broekhartowie. Zawsze Broekhartowie.
Conor usłyszał skrzypnięcie skóry. To Hugo Bonvilain
zaciskał dłoń w rękawicy.
- Więc postanowiłem cię zobaczyć. Lubię znać twarze
moich... twarze przyjaciół mojego króla.
Conor czuł zapach wody toaletowej marszałka, czuł jego oddech.
- Jednak za dużo już powiedziałem, chłopcze. Potrzebujesz spokoju, żeby dojść do siebie po tym cudownym ocaleniu. Prawdziwie cudownym. Ale pamiętaj, że będę cię obserwował. Bardzo pilnie. Rycerze będą mieli na ciebie oko.
Bonvilain wstał. Zaszeleściła toga Świętego Krzyża, którą nosił na ubraniu.
- No dobrze, młody Broekharcie, na mnie już czas. Może nigdy mnie tu nie było. Może to tylko sen. Chyba tak byłoby dla ciebie lepiej.
Świsnęła osłaniająca łóżko kotara i marszałek się oddalił.
Po chwili chłopiec ośmielił się otworzyć oczy i ujrzał twarz Bonvilaina tuż przy swojej.
- Ach, czyli jednak nie śpisz. Kapitalnie. Zapomniałem postukać w gips. Przydałoby mi się trochę tego twojego szczęścia.
Conor leżał sztywny i milczący, podczas gdy marszałek uniósł mu nogę na niewygodną wysokość, a następnie dwa razy mocno stuknął w gipsowy opatrunek.
- Miejmy nadzieję, że w ten sposób nie rozdasz do cna swego cudownego szczęścia, młody Broekharcie. Jeszcze może ci się przydać.
Mrugnąwszy do niego, Bonvilain odszedł. Kotara wydęła się za nim jak duch.
Może to jednak był sen, pomyślał Conor. Zwykły koszmar.
Jednak wciąż czuł tępy ból w nodze po tym, jak potraktował ją Bonvilain. Przez resztę nocy Conor Broekhart niewiele spał.
Spośród półtora miliarda ludzi na ziemi może pięciuset mogło pomóc Conorowi w wykorzystaniu potencjału podniebnego pilota. Jednym z nich był król Mikołaj Trudeau, a drugim Victor Vigny. Fakt, że ta trójka spotkała się w czasach wielkich wynalazków, trzeba uznać za cud.
Historia wyścigu do podboju przestworzy pełna jest podobnych fortunnych spotkań. William Samuel Henson i John Stringfellow, Joseph Louis Gay-Lussac i Jean Baptiste Biot, a także oczywiście Charles Green i astronom Spencer Rush. Braci Wright nie da się zaliczyć do tej kategorii, ponieważ ich spotkanie było nieuniknione, skoro spali w tym samym pokoju.
Chłopiec od dawna wiedział, że król Mikołaj interesuje się balonami. Bądź co bądź, przez wiele lat zajmował się nimi zawodowo. Conor i Izabella spędzili niezliczone wieczory przy kominku w apartamencie Mikołaja, oczarowani dramatycznymi opowieściami króla o jego podniebnych przygodach. Victor Vigny często pojawiał się w tych historiach jako człowiek niewielki wzrostem, mówiący z silnym akcentem, nieśmiały i nieodmiennie wymagający ratunku ze strony króla Mikołaja.
Victor Vigny, którego Conor poznał pierwszego dnia nauki, nie odpowiadał królewskiemu opisowi. Nie był ani niski, ani nieśmiały, a jeśli wierzyć temu, co mówiło się na zamku, to on uratował Mikołaja.
Następnego dnia po wypuszczeniu ze szpitala Conor pokuśtykał do kwatery Victora na drugim piętrze głównego budynku. Ten apartament zawsze stał pusty z myślą o wizytach koronowanych głów, jednak wyglądało na to, że paryżanin osiadł w nim na dobre. Ściany pokrywały mapy, a z sufitu zwisały modele nieba. Stojący w kącie szkielet miał na głowie kapelusz z piórkiem, a w kościstej dłoni ściskał bułat. Na stojaku znajdowało się kilka innych okazów białej broni, ustawionych w kolejności od najlżejszego do najcięższego. Floret, szabla, pałasz.
Mężczyzna stał na balkonie, rozebrany do pasa. Wykonywał jakieś ćwiczenia. Był wysoki, umięśniony, a sądząc
po ruchach, z pewnością nie brakowało mu śmiałości.
Conor postanowił, że nie będzie mu przerywał i chwilę
popatrzy. Ruchy paryżanina były powolne i dokładne. Płynne i opanowane. Chłopiec odniósł wrażenie, że ta dyscyplina jest trudniejsza, niż się wydaje.
- Niegrzecznie jest szpiegować - powiedział Victor, nie
odwracając się. Jego akcent okazał się wcale nie taki silny, choć zdecydowanie francuski. - Nie jesteś szpiegiem, prawda?
- Nie szpieguję - odparł Conor. - Uczę się.
Vigny wyprostował się, a następnie przyjął nową pozycję: ugiął kolana, rozpostarł ramiona.
- Bardzo dobra odpowiedź - stwierdził z szerokim uśmiechem. - Chodź tutaj.
Conor pokuśtykał na balkon.
- To tai czi. Praktykuje się je w Chinach od czternastego wieku. Pobierałem nauki u żonglera w cyrku. Twierdził, że ma sto dwadzieścia lat. To trening ciała i umysłu. Od tej lekcji będziemy codziennie zaczynać. Następnie przejdziemy do okinawańskiego karate, a potem do szermierki. Po śniadaniu otworzymy książki. Przyroda, matematyka, historia i literatura. Głównie z zakresu aeronautyki, która jest moją pasją. Założę się, że twoją też, sądząc po osiągnięciach z latawcem.
Karate i aeronautyka. To nie były typowe zajęcia księżniczek.
- Czy będzie nam towarzyszyć Izabella?
- Dopiero od jedenastej. Wcześniej ma lekcje haftu, etykiety i heraldyki, choć czasem będzie przychodzić na naukę szermierki. Zatem przez cztery godziny dziennie będziemy się uczyć walczyć i latać.
Conor się uśmiechnął. Walczyć i latać. Poprzedni nauczyciel zaczynał dzień od łaciny i poezji. Czasami od łacińskiej poezji. Walka i latanie brzmiały o wiele przyjemniej.
- A jak tam twoja noga? - spytał Victor, wkładając
koszulę.
- Złamana - odparł Conor.
- Ach, nie tylko lotnik, ale i żartowniś. Daję głowę, że
będziesz sypał dowcipami, lecąc lotnią prosto w stok góry.
Lotnią? - pomyślał Conor. Będę miał lotnię. I o co chodzi z tą górą?
Victor cofnął się nieco, stanął z założonymi rękami i zmierzył wzrokiem swego ucznia.
- Masz potencjał - stwierdził w końcu. - Szczupły. Idealny na lotnika. Wielu nie rozumie, że do sterowania balonem konieczna jest pewna sprawność fizyczna, szybkość reakcji i tak dalej. Wyobrażam sobie, że pilotowanie napędzanej silnikiem maszyny latającej cięższej od powietrza będzie o wiele bardziej wymagające.
Conorowi załomotało serce.
Maszyny latającej?
- No i masz łeb na karku. Udowodniłeś to na wieży. Jesteś rozsądniejszy niż ten twój król. Żeby napchać laboratorium środkami wybuchowymi... Robił tak od lat, to była tylko kwestia czasu. Co się zaś tyczy twojej osobowości, to księżniczka Izabella twierdzi, że nie jesteś najwstrętniejszą osobą na zamku, a w ustach kobiety to wielka pochwała, sir Conorze.
Conor się skrzywił. Ten tytuł wciąż brzmiał dla niego koszmarnie. Wolałby, żeby nikt go już nie używał. Choć z drugiej strony kucharka bez powodu dała mu dziś kandyzowane jabłko na patyku. I do tego dygnęła. Dygnęła?! Przecież to ta sama kucharka, która przed dwoma tygodniami przyłożyła mu w zadek wałkiem do ciasta.
- Gotowy do rozpoczęcia nauki, chłopcze?
Conor kiwnął głową.
- Tak jest, proszę pana. Więcej niż gotowy: nie mogę się doczekać.
- To dobrze - rzekł Victor. - Świetnie. Teraz przykuśtykaj tutaj. Mam smarowidła, które powinny pomóc w rekonwalescencji. No i ćwiczenia na palce u stóp.
Chłopiec miał wrażenie, że to trochę naciągane, ale nie tak bardzo jak idea napędzanej silnikiem, cięższej niż powietrze maszyny latającej. Żyli w epoce odkryć i Conor był gotów uwierzyć we wszystko.
Victor wziął z górnej półki ceramiczny słoik. Wieczkiem był kawałek woskowanego płótna przywiązany trzciną. Gdy Francuz zdjął pokrywkę, rozniosła się woń nieporównywalna z żadnym zapachem, jaki kiedykolwiek poznał Conor.
- Przygotowywania tego specyfiku nauczył mnie pewien Afrykańczyk z Sahary, który występował z wielbłądami. - Vigny nabrał maści na dwa palce i rozmazał pod kolanem chłopca, tam gdzie kończył się gips. - Niech wsiąknie pod gips. Śmierdzi jak zadek Belzebuba, ale kiedy wreszcie zdejmiesz opatrunek, chora noga będzie w lepszej kondycji niż ta zdrowa.
Od specyfiku zaczęła Conora mrowić skóra. Jednocześnie czuł ciepło i zimno.
- Skoro jesteśmy naukowcami - powiedział tonem pełnym szacunku - to dlaczego musimy walczyć?
Victor Vigny zamknął słoik i zastanowił się nad odpowiedzią.
- Conorze Broekharcie, spodziewam się, że my dwaj nauczymy się latać, a gdy nadejdzie dzień, w którym objawimy światu naszą cudowną maszynę, ktoś będzie chciał nam ją ukraść. Już mi się to zdarzało. Zbudowałem lotnię z jedwabiu i drewna wierzby: coś pięknego. Powietrze śpiewało, gdy leciała. Puściłem na niej małpę, przeleciała ponad trzydzieści metrów. Przez sześć tygodni byłem gwiazdą cyrku. Co wieczór pełna widownia.
Oczyma wyobraźni Conor widział tę lotnię. Małpa. Fantastycznie.
- Co się potem stało?
- Był tam również rosyjski miotacz nożami. Pewnej nocy przyszedł do mojego wozu z sześcioma kolegami. Spalili mi lotnię na popiół i przetrzepali kości, żeby mnie przegonić. Widzisz, czuli zagrożenie ze strony postępu. Jeśli można
wybrać pomiędzy oglądaniem latającej małpy i miotacza
nożami, kto wybierze tego drugiego?
- Może jego matka.
Victor przeczesał dłonią czarne włosy, by się upewnić, że sterczą, jak trzeba.
- Możliwe, dowcipny jeune homme. Ale z drugiej strony kobiety lubią ładne małpki. Wiele matek zignorowałoby własne dzieci, żeby obejrzeć je w locie. Morał jest taki, że gdy przyjdą miotacze nożami, trzeba być gotowym.
Conor pomyślał o wizycie marszałka Bonvilaina.
„Miejmy nadzieję, że w ten sposób nie rozdasz do cna swego cudownego szczęścia, młody Broekharcie. Jeszcze ci się może przydać".
- Od czego zaczniemy? - spytał.
Victor wyjął ze stojaka wąską broń.
- Od szermierki - powiedział, siekąc powietrze, aż zagwizdało. - Floret.
I tak zaczęła się praca.
W późniejszych, mroczniejszych czasach, gdy Conor Broekhart, samotny i przygnębiony, wspominał swoje dawne życie, te kilka lat z Victorem Vignym zawsze jawiło się jako najszczęśliwsze.
Uczyli się sztuk walki, pięściarstwa i posługiwania się
bronią.
- Pierwszym mistrzem szermierki, który zostawił po sobie konkretną metodę walki, był Achille Marozzo - wyjaśnił uczniowi Victor. - Jego Opera Nova będzie teraz twoją biblią. Czytaj ją, dopóki nie stanie się częścią ciebie. Wtedy cofniemy się w czasie do Filippo Vadiego.
Spędzali długie godziny na matach treningowych, stosując teorie mistrzów w praktyce.
- Najpierw musisz się nauczyć trzymać oręż. Myśl o nim jak o batucie dyrygenta. Jeśli będziesz umiał się nim posługiwać, żaden niewyszkolony przeciwnik nie dotrzyma ci pola.
Używając broni z tępą końcówką, Conor nauczył się wykonywać pchnięcia, zasłony, finty i riposty. Co rano wypacał litry wody, po czym uzupełniał je, pijąc przyrządzaną przez Victora orientalną herbatę o paskudnym smaku.
Pierwszą bronią był krótki floret, ale gdy wzmocnił mu się nadgarstek, przeszli do szpady, szabli i rapiera. Victor na miesiąc przed czasem rozciął gips Conora, a zamiast niego kazał nosić na nodze nasączony bandaż, od którego skóra zrobiła się żółta - podobnie jak cała pościel.
- Znowu cyrkowe sztuczki? - spytał Conor.
- Nie - odrzekł Francuz. - Mój znajomy Amerykanin to cudotwórca, jeśli chodzi o papki i okłady. Tak się składa, że Mikołaj go wezwał. Opowiem ci więcej, kiedy skończy pracować.
Nie chciał rozwinąć tematu.
Victor poświęcał niewiele czasu broniom cięższym niż kord.
- Pałasz nie będzie ci potrzebny, chyba że wybierasz się na krucjatę. A zresztą zobacz, jaki los spotkał krzyżowców. Jeszcze nie zdążyli dźwignąć pałasza, a Saladyn wtykał im bułat pod pachy.
Francuz zapoznał Conora ze sztuką uwalniania się z więzów i zamknięć.
- Naukowcy to wrogowie tradycji - powiedział, rzucając na stół pudło z różnymi kajdankami. - A tradycja rządzi we wszystkich więzieniach.
Zatem wiele godzin spędzili na otwieraniu zamków wytrychem i przegryzaniu sznurów. Tai czi okazało się najbardziej przydatne, kiedy Conor siedział przywiązany do krzesła, a ze stołu kusiło go soczyste jabłko. Potrafił teraz dosięgnąć części ciała, do których dawniej nie był w stanie dotrzeć nawet za pomocą drapaczki i lustra.
Victor głęboko wierzył, że każdy powinien się zajmować tym, na czym zna się najlepiej.
- Musisz porozmawiać z ojcem o broni palnej - powiedział. - Mikołaj mówi, że Declan Broekhart to najlepszy
strzelec, jakiego zna, a przecież obaj spędziliśmy w Abilene lato z Dzikim Billem Hickokiem, więc to ogromny komplement.
Declan z radością włączył się w edukację syna. Zaczął go zabierać na patrole Muru, a także na strzelnicę - z workiem różnej broni. Conor strzelał z coltów, remingtonów, vetterli-vitali, spencerów, winchesterów i kilkunastu innych modeli. Szybko się uczył i miał wrodzony talent strzelecki.
- Na czternaste urodziny dostaniesz własnego sharpsa - obiecał mu ojciec. - Do tego czasu powinieneś już wiedzieć, co ci najbardziej odpowiada. Dałbym ci go już na najbliższe, ale matka mówi, że dziesięć lat to za wcześnie.
Victor udzielił Conorowi kilku wskazówek jedynie na temat posługiwania się coltem peacemakerem, który dostał od samego Dzikiego Billa.
- Zaproponował, żebym pojechał z nim do Deadwood - opowiadał chłopcu. - Ale to nie byłaby dobra ścieżka kariery dla aeronauty. Poszukiwacze złota mają w zwyczaju zestrzeliwać balony. Poza tym jestem zbyt przystojny na górnicze miasteczko.
Wszystkie te ćwiczenia były w porządku, ale tak naprawdę Conor pragnął wyzwania dla umysłu. Victor obiecał, że zbudują maszynę latającą, a on nie rzucał słów na wiatr. Umiejętność samoobrony to konieczność, lecz obsesją Conora był podbój przestworzy.
- To naprawdę jest wyścig, jeune homme - Francuz powiedział Conorowi pewnego poranka, gdy rozpościerali jedwab na ramie skrzydła z drewna balsy. Drewno to było częścią specjalnej przesyłki z Peru. - Tym problemem zajmuje się wielu największych na świecie wynalazców i poszukiwaczy przygód. Człowiek będzie latał, to nieuniknione. Ponad dwadzieścia lat temu trójpłatowa lotnia Cayleya przeniosła pasażera. Wenham i Browning zbudowali tunel aerodynamiczny, żeby badać opór. Alphonse Pénaud był tak pewien swych pomysłów, że zaprojektował wysuwane podwozie. Wysuwane! Nie łudź się, Conorze, wyścig trwa, a my musimy być pierwsi na mecie. Na szczęście król wspiera nasze starania, więc nie zabraknie nam funduszy. Mikołaj wie, co dla Wysp oznaczałaby możliwość latania. Nie byłyby już odcięte od świata. Diamenty można by transportować bez zagrożenia ze strony rozbójników. Leki przywożono by z Europy drogą powietrzną. Drogą powietrzną, Conorze!
Conor rzeczywiście o tym myślał. I o niczym innym. Każdą wolną chwilę poświęcał na rysowanie planów i budowanie modeli. Całkiem zapomniał o zjadaniu robaków i zabawach w piratów.
Czasem jego ojciec biadał:
- Może znalazłbyś sobie kumpla? Pobawiłbyś się w błocie, trochę się ubrudził?
Jednak matka cieszyła się, że syn odziedziczył po niej miłość do nauki.
- Declanie, nasz syn to naukowiec - mawiała, pomagając Conorowi pokrywać skrzydło albo rzeźbić śmigło. - Wyścigu w przestworza nie wygra się w błocie.
Conor sam zrobił abażur na lampę w pokoju. Papierowy klosz ozdobiony starannymi rysunkami skrzydlatej maszyny Leonarda da Vinci, balonu braci Montgolfier i teoretycznej latającej maszyny parowej Kaufmana. Ciepło żarówki sprawiało, że nocą abażur się obracał, a Conor leżał w łóżku i obserwował, jak projekcje tych cudownych maszyn przesuwają się po suficie.
Pewnego dnia, myślał z rozmarzeniem. Pewnego dnia.
Brak artykułów.
Siła marzeń.12
Już naprawdę niewiele brakuje do tego, by w literaturze pojawiło się określenie „bohater colferowski”. Jest to bowiem tak charakterystyczny typ bohatera, że nie sposób go nie wyróżnić na tle innych postaci. Zazwyczaj „bohater colferowski” jest chłopcem. Jego wygląd jest różny, ale cechy niezmienne: bystrość i inteligencja przede wszystkim. Oprócz tego bohater ów ma ciężkie dzieciństwo, czyli tak zwaną przeszłość, za którą polubią go wszystkie czytelniczki jak i czytelnicy. Nigdzie nie rusza się bez swojej towarzyszki przygody, co powoduje, że z jego losami może się zapoznać czytelnik starszy i młodszy. Takim typowym „bohaterem colferowskim” jest z pewnością główna postać „Lotnika”.
Conor Broekhart to mieszanka talentu i inteligencji, narodzona w niezwykłych okolicznościach. W powietrzu. Być może to właśnie te okoliczności wpłynęły na to, że tak samo dobrze jak na ziemi (o ile nie lepiej) Conor czuje się w powietrzu. A może po prostu to, że jego życie przypadło na czasy wielkich odkryć, dynamicznego rozwoju, wynalazków? A może jedno i drugie? Wystarczy przeczytać tę książkę.
Conor to tytułowy „Lotnik”. Czytelnik od pierwszej strony nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Tak samo jak do tego, że książka irlandzkiego pisarza po raz kolejny wciągnie na długie godziny. Czytając ją zanurzamy się bowiem nie tylko w umiejętnie napisanej historii, ale także w przesłaniu, które ona za sobą niesie.
W „Lotniku” stykamy się nie tylko z wynalazkami, ale mimo początkowej sielanki także z kłamstwem, odrzuceniem, wygnaniem, intrygą na wielką skalę. Conor Broekhart na naszych oczach, na kartach książki, zmienia się bowiem poprzez brutalne sprowadzenie na ziemię z małego, marzącego chłopca w realizatora swoich planów. A wszystko to dzięki drodze nasiąkniętej łzami, bólem i cierpieniem. Drodze naznaczonej literą „S” wypaloną na dłoni.
Życie Conora tylko pozornie jest łatwe. U boku swojego nauczyciela- Victora Vigny’ego zgłębia tajemnice mechaniki, próbując zbudować maszynę, która pozwoli człowiekowi latać. Poczuć się tak wolnym jak ptak. Nikt jednak nie spodziewa się, że ta wolność zostanie niedługo stłamszona. Wielkie marzenia nie są bowiem mile widziane przez czarny charakter tej książki- marszałka Bonvilaina. Czy Conor będzie musiał je porzucić? Czy Mała Saltee, wyspa na której karze się złoczyńców wraz z Ottonem Malarkeyem skutecznie wybije mu z głowy myśli o lataniu? Ile Conor będzie musiał w sobie zmienić oprócz nazwiska? Czy wraz z odejściem najlepszego przyjaciela, odejdą wszyscy?
Eoin Colfer, podobnie jak jeden z jego bohaterów- Linus Wynter, umiejętnie gra na uczuciach czytelników, zapewniając mięśniom ich twarzy niezłą gimnastykę. „Lotnik” to jego kolejna popisowa propozycja dla czytelników 10+… A raczej 100-… Bo Lotnik to nie jest bohater, który się ulotni. Nie dość, że skutecznie wepchnie się do serca czytelników, spychając na bok Artemisa Fowla, to jeszcze poruszy kanaliki łzowe przekonując, że każde marzenie można spełnić. Że jeżeli tylko wystarczy Ci sił, możesz osiągnąć to co chcesz. Że nawet niemożliwe staje się możliwe. Że zawsze należy oczekiwać „Powrotu żołnierza”…
Nina Tarnowicz
Brak zdjęć w galerii


Dodaj do Listy życzeń
Jak kupować?
Prześlij znajomemu
Wydrukuj stronę













